Powroty...



Zaczynam zatem wszystko od poczatku ....




Ostatnio kiedy tutaj bywalam i zamieszczalam posty bylo to moze z 2 lata temu, od tamtego czasu sporo sie zmienilo w moim zyciu. Dotychczas myslalam ze wszystko w zyciu musi byc zaplanowane co do minuty i ze tylko wtedy moge byc naprawde szczesliwa, bo obejdzie sie bez jakis niespodziewanych niemilych niespodzianek czy rozczarowan.

Zaczynajac od poczatku... Maj a dokladniej 2.10 kiedy w srodku nocy zadzwonil telefon z informacja ktorej nigdy nie chcialam uslyszec, myslalam ze zle rzeczy spotykaja tylko ludzi mi obcych, ze przeciez nie moze sie stac nic zlego ludziom na ktorych mi tak bardzo zalezy i ktorych tak strasznie kocham a jednak stalo sie. W srodku nocy zadzwonila moja siostra z informacja, ze moj tata dostal sie do szpitala oraz ze jego stan jest naprawde ciezki. Na poczatku myslalam ze to jakis glupi zart, sami pomyslcie, o czym macie myslec, kiedy jeszcze chwile wczesniej spaliscie, sniliscie, tak spokojnie i beztrosko az tu nagle ktos przerywa wasz sen i mowi wam ze osoba na ktorej tak najbardziej wam zalezy jest setki kilometrow od was i walczy o zycie. Jedyne o czym wtedy myslalam to ze nie bede miala szansy sie z nim pozegnac, bilam sie z myslami ze byc moze nigdy wiecej mnie juz nie przytuli ani chocby ze nie uslysze z jego ust "Kornelko" bo on zawsze tak mowil do mnie. 
To byly naprawde ciezkie godziny dla mnie i mojej rodziny. Od razu wtedy w nocy kupilam bilet do domu i po poludniu bylam juz u niego w szpitalu. Droga do domu byla najdluzsza droga w moim zyciu, przez caly ten czas myslalam sobie obym tylko zdarzyla jesli przyjdzie mu odejsc. 
Los chcial jednak inaczej.
Przyjechalam do szpitala, wchodzac tam i widzac innych ludzi walczacych o zycie, zatrzymalam sie i pomyslalam ze to nie moze byc prawda, ze napewno przy tym lozku gdzie stal lekarz z moja siostra nie moze lezec tata, idac do nich zastanawialam sie co jesli to prawda i on tam naprawde lezy, co mam mu powiedziec, ile nam czasu zostalo i dlaczego zycie jest tak cholernie niesprawiedliwe... 
Byl tam taki bezbronny, przypiety do tych wszystkich urzadzen ktore sprawialy ze bylo mu lzej. To byl najgorszy widok w moim zyciu, najgorszy. 
Mial wylew, najgorszy rodzaj wylewu, bo do pnia mozgu. Dzien w dzien do niego jezdzilismy, blagalismy los by byl dla niego laskawy i wrocil nam naszego tate znow spowrotem, teraz kilka miesiecy po tym co mu sie przytrafilo stawia pierwsze samodzielne kroki, to cud tak nawet lekarze mowia, ze nie wierza w to co widza. On tak bardzo chce wrocicdo sprawnosci jaka mial przed tym co sie wydarzylo i wierzymy w to bardzo ze wkrotce sie tak stanie. 
Tam na oiomie kazdego dnia przychodzac do taty widzialam wiele smierci, cierpienia i lez, morza lez... To wtedy chyba sie zmienilam, zaczelam myslec po jaka cholere mialam wszystko zaplanowane co do sekundy kiedy wszystko sie moze zmienic w naszym zyciu w ciagu jednej krotkiej chwili. Teraz zyje inaczej, ciesze sie kazdym dniem, spelniam wszystkie swoje male i wieksze marzenia i teraz kiedy czegos naprawde chce podejmuje decyzje znacznie szybciej nie rozmyslajac za dlugo nad za i przeciw moich decyzji. Jesli czyta to co napisalam ktos kto jest w podobnym momencie swojego zycia i ktos z jego bliskich zachorowal, chce tylko powiedziec ze trzeba wierzyc w cuda bo moj tata jest przykladem tego ze one sie zdarzaja. 

Do napisania Kochani, Kornelia. 

Komentarze